Jeśli zastanowimy się nad sobą głębiej, to możemy zauważyć, że alkohol to środek do ucieczki z tego świata i zajęcie miejsca w świecie alternatywnym. Z mojego punktu widzenia – bezpieczniejszym, gdzie problemy nie są tak duże, a nawet na chwilę można o nich zapomnieć; gdzie nie ma nudy, no i samotność już nie przeszkadza tak bardzo.

Ten świat dla mnie wydawał się bardziej stabilny. Mniej silnych emocji i chociaż na chwilę więcej beztroski. To nie alkohol sam w sobie mnie pociągał, tylko ten świat, więc kiedy robiłem postanowienia o zaprzestaniu picia, oczywiście nieudane, w zasadzie zawsze stawiałem swoje warunki – nie sobie, ale całemu otoczeniu, sytuacjom, osobom i tak dalej. Mówiłem sobie: „Przestanę pić, ale nie mogą się pojawić silne emocje – ani negatywne, ani pozytywne, żaden ból głowy, nawet kilkudniowa nuda.

Jeśli obiecałbym to swojej dziewczynie, to nawet jeśli ona by się do tego dostosowała, to każde zewnętrzne zawirowanie zwolniłoby mnie z tej przysięgi. Bo nie taka była umowa! Byłbym całkowicie wytłumaczony przed sobą samym. To cały otaczający świat ma być taki jak w „umowie”. Skoro ja z czegoś rezygnuję, to nie za darmo. Musi mi się to opłacić. Niby za co oddaję w końcu „lepszy”, alternatywny świat? Za coś gorszego?

To ma być co najmniej taki sam albo i lepszy świat od tego, z którego rezygnuję. A „furtka” jest mi potrzebna, aby pełnoprawnie powrócić do tej szybko osiągalnej poprzez alkohol, stabilnej rzeczywistości. Nie będę się przecież obwiniać za złamanie zasad przez cały świat. Warunki po prostu nie zostały dotrzymane. Nie będę musiał obniżać swojej samooceny, która jest przecież tak krucha, delikatna i zagrożona. Dałem radę, dopóki nie zostały złamane warunki!

Jeśli chciało mi się uciec do tego cudownego świata, a miałem tylko jakiś błahy powód, na przykład ból głowy, to próbowałem jakoś to sobie wytłumaczyć. Zdarzało się, że prowokowałem jakieś sytuacje, które dałyby mi ten „bilet”. I już wszystko się we mnie zgadzało!