A co z zarodkami, a nawet płodami, obciążonymi nieuleczalnymi chorobami?
Mówimy, że każdy człowiek ma prawo do wolności, co jest nawet zapisane w konstytucji, ale czy można powiedzieć, że każdy człowiek ma prawo do dobrego zdrowia, bo przeciwwagą tego jest prawo do uniknięcia cierpienia, ale o tym za chwilę. No więc, czy każdy człowiek ma prawo do dobrego zdrowia i kto ma zarządzać tym prawem? Czy to Bóg włada tym prawem?
Jeśli powiemy palaczowi papierosów, alkoholikowi, narkomanowi, czy choćby nie pogrążonej w nałogu osobie, ale takiej która niewłaściwie się odżywia, czy prowadzi niezdrowy tryb życia, że łamie prawo do dobrego zdrowia nadane przez Boga, to taka osoba od razu oburzy się mówiąc, że to jest jej prywatna sprawa. Czy zgadzacie się z tym tokiem myślenia?
Ale przejdźmy dalej, bo oto sądy nakazują przymusowe leczenie alkoholików i narkomanów, jeśli ich nałóg szkodzi ich rodzinom lub nawet społeczeństwu, gdy na przykład jeżdżą samochodem będąc czymś odurzonym. Rodzina psychicznie chorej osoby, która nie chce przyjmować leków, może sądownie ubezwłasnowolnić chorego, by zmusić go do powrotu do dobrego zdrowia. Czy zgadzacie się na takie prawo społeczne?
Bo oto, skoro osoby trzecie biorą we władanie nasze życie, by wrócić nas do dobrego zdrowia, do którego prawo dał nam Bóg, to te same osoby trzecie powinny mieć prawo władania naszym prawem do uniknięcia cierpienia.
Ale czym jest prawo do uniknięcia cierpienia? Niezbyt zgrabnie to ujmując, to obowiązek „zarządzania ludzkim cierpieniem” tak by go zminimalizować. I tu dochodzimy do pytania; skoro wspomniane wcześniej osoby trzecie przejmują władzę nad naszym życiem, by doprowadzić nas do dobrego zdrowia, to czy te same osoby mają również prawo przejąć władzę nad nienarodzonym płodem nieuleczalnie chorym, by decydować o możliwie jak najskuteczniejszym zmniejszeniu jego cierpienia?
A skoro zgadzamy się ze stwierdzeniem, że osoby trzecie powinny wziąć na siebie odpowiedzialność za działanie w celu uniknięcia cierpienia nienarodzonego dziecka, to czy nie jest tak, że najbardziej odpowiedzialnymi osobami są jego rodzice, którzy odpowiadają prawnie za wychowanie swoich dzieci, za sprawowanie opieki nad nimi, nauczenie zasad moralnych i zapewnienie im szkolnego, co najmniej obowiązkowego, wykształcenia i mają również inne tym podobne obowiązki.
Czy mówiąc, że nieuleczalnie chory płód ma prawo do życia, choć odebrane zostało mu prawo do dobrego zdrowia oznacza, że nie ma on prawa do uniknięcia cierpienia, bo dar życia jest ważniejszy? Trzeba tu zauważyć, że życie ma charakter zero-jedynkowy, albo jest albo go nie ma, natomiast cierpienie nie ma wartości skokowych, więc rodzi się kolejne pytanie; jak wielkie musi być cierpienie przyszłego dziecka, aby przerosło jego prawo do życia?
No i mamy gotową pułapkę absurdu, bo obrońcy życia głoszą bezwzględność wyższości prawa do życia nad prawem do uniknięcia cierpienia, tyle że to nie oni będą cierpieli, a stawiają się ponad rodzicami nienarodzonego nieuleczalnie chorego płodu, którzy poniosą wszelkie trudy opieki nad chorym dzieckiem i to przez całe jego życie.
Czyje jest to prawo do uniknięcia choroby, aby nim zarządzać? Boga? Płodu? Rodziców? Czy ludzi przeciwnych aborcji? Kto chce mieć prawo do zarządzania prawem do uniknięcia cierpienia, bo płód nie może jeszcze wyrazić swojej opinii? Przecież to rodzice mają prawo wychowawcze nad zdrowymi dziećmi, więc czy to oznacza, że mają prawo decydowania o chorobie swojego dziecka?
Żyjemy w świecie, w którym musimy brać odpowiedzialność za innych ludzi, bo nie możemy nic nie robić. To świat zero-jedynkowy, bo brak decyzji jest również decyzją.
Spróbuję przeprowadzić Was do następującego pytania: Jak brzmi zarzut przed Bogiem po śmierci kobiety, która dokonała aborcji nieuleczalnie chorego płodu?!
A zacznę od zastanowienia się nad tym, ile lat wynosi prawo do życia? Pewnie wszyscy chórem krzykną 70 czy 80 lat i to co najmniej! Ale ile lat życia przyznają nieuleczalnie chorym dzieciom przeciwnicy aborcji, ile lat przyznają ich rodzice, ile lat przyzna im Bóg Wszechmogący i wreszcie, ile lat życia przyznają sobie samym te dzieci, a raczej młodzi ludzie, bo trudno pytać o zdanie dzieci, które dopiero poznają życie?
No więc ile lat?! Czy pomylę się, jeśli zaryzykuję stwierdzenie, że przeciwnicy aborcji są za całkowitym równouprawnieniem ludzi nieuleczalnie chorych i zdrowych? A więc, trzeba przyjąć, że przeciwnicy aborcji przyznaliby prawo do życia osobie nieuleczalnie chorej przykładowo 80 lat. Idźmy dalej w tej wyliczance, bo okazuje się, że zatroskani o swoje dzieci rodzice nie są już za takim uprawnieniem, bo pomijając cierpienie, martwią się co stanie się z ich chorymi dziećmi, kiedy ich już nie będzie na tym świecie? Tak więc nie wnikając w szczegóły, dla uproszczenia przyjmijmy, że zdania rodziców są różne w zależności od niepełnosprawności dziecka, ich własnego odczucia wynikającego z troski i tym podobnych czynników.
Nie do tego prowadzę Wasze myślenie, a do pytania: Jak brzmi zarzut przed Bogiem po śmierci kobiety, która dokonała aborcji nieuleczalnie chorego płodu?!
I w tym miejscu czas zadać pytanie pomocnicze: Skoro Bóg jest nieskończenie dobry i nieskończenie miłosierny, to dlaczego nie daje nieuleczalnie chorym dzieciom równego życia? Dlaczego te chore lub ciężko niepełnosprawne dzieci nie dożywają późnej starości? Czy można przyjąć, że Bóg nie dając prawa do dobrego zdrowia, nie dając prawa do pełnego cieszenia się życiem i nie dając prawa takim osobom do założenia własnej rodziny, skraca ich trudne życie, bo nie może patrzeć na ich cierpienie?!
Ja napisałem, że dzieci niepełnosprawne i chore wracają do życia ziemskiego po rodzinę i może jest w tym jakiś sens? Ale idźmy dalej do naszego podstawowego pytania.
A wiec kolejne pytanie pomocnicze: ile lat życia przyznają sobie samym te chore nieuleczalnie osoby? To będzie oczywiście różne w zależności od cierpienia, ale biorąc pod uwagę naturalne pragnienie życia każdej istoty żywej na tym świecie zapytajmy te osoby cierpiące od końca: Czy chcą żyć jeszcze 60 czy 50 lat, z czego ileś lat będzie już po śmierci ich rodziców? Co wtedy odpowiedzą? Ale to jest tylko pytanie pomocnicze, bo okazuje się, że odpowiedź na tak zadane pytanie od końca będzie jeszcze bardziej zróżnicowana i w ten sposób docieramy w naszych rozważaniach do zasadniczego pytania?
A mianowicie: Jak brzmi zarzut przed Bogiem po śmierci kobiety, która dokonała aborcji nieuleczalnie chorego płodu i potem zaszła ponownie w ciążę i urodziła zdrowe dziecko lub kilkoro dzieci? Dlaczego ona za życia nie jest ukarana i kolejne dzieci rodzą się zupełnie zdrowe z pełnymi prawami do zdrowego życia, do cieszenia się życiem i później prawem do założenia rodziny?
Jaką karę po śmierci ma ponieść matka, która nie dała prawa do życia nieodwracalnie choremu dziecku, któremu sam Bóg nie dał pełnych praw?!