Teoria przerwy
Każdy chyba zdaje sobie sprawę z konieczności odreagowywania codziennych stresów i monotonii życia codziennego. Czy to spotkanie towarzyskie, wyjście do kina czy też wyjazd na wakacje, wszystkie służą temu samemu celowi, a mianowicie oderwaniu się na chwile lub trochę dłużej od spraw codziennych. Odpoczywamy wtedy psychicznie od problemów i spoglądamy na nie z dystansem.
Myślę, że to samo dotyczyło mnie. Chciałem oderwać się choćby na chwilę od tego szarego życia, którego nie akceptowałem. Na początku była to oczywiście rozrywka, czyli chwila odpoczynku od codzienności i przeskok do życia, w którym stawałem się wygadanym, wesołym i pozbawionym oporów chłopakiem. Jednym słowem początki wyglądały bardzo niewinnie. Z czasem jednak moje ucieczki w ten niby lepszy świat były coraz częstsze. Coraz bardziej chciałem żyć tym innym życiem i jak to się mówi „chwytać dzień”. Już nie była to tylko rozrywka, ale miejsce gdzie zaczynałem żyć.
Ale picie alkoholu ma swoje skutki uboczne, więc i z tym musiałem sobie poradzić. Z biegiem lat moje dążenie do ulepszania tego świata nasuwało mi kolejne pytanie; a czemu by tak nie zrobić sobie przerwy od ubocznych skutków robienia przerwy? No i śniegowa kula zaczęła się toczyć.
W okresie ciężkiego picia, kiedy już nie trzeźwiałem, chciałem tylko wyłączyć swój mózg. To nie była żadna przyjemność, ale wielkie cierpienie, którego nie potrafiłem zatrzymać. Czasami widzę takich ludzi na ulicy i jest mi ich szkoda. Oni często chcieliby z tego wyjść, ale nie wiedzą jak to zrobić.
Myślę, że jednym z powodów dla którego potrzebowałem częściej niż inni tych ucieczek do przyjemniejszego świata, była moja większa wrażliwość niż innych ludzi, co oznacza że byłem bardziej podatny na wszelkiego rodzaju nieprzyjemne aspekty życia. Ale powodem który spowodował, że zgubiłem się w tym wszystkim było to, że ten mój świat w którym chciałem żyć był zbyt odległy od tego rzeczywistego i to powodowało we mnie dyskomfort.
Wszystko to z czym spotykałem się na co dzień, w moich oczach powinno wyglądać zupełnie inaczej. Moje życie powinno wyglądać zupełnie inaczej. Nie powinno być tylu problemów w życiu, a właściwie miały one swoje miejsce jedynie w teorii. No i przyjemności powinny być dużo intensywniejsze. Te wygórowane oczekiwania sprawiały, że rzeczywiste życie było dla mnie męczące, wiec uciekałem od niego.
Początkowo tylko większe problemy powodowały, że sięgałem po butelkę, niestety ta granica przesuwała się, z czego nie zdawałem sobie sprawy. Coraz mniejsze problemy stawały się wystarczająco duże, aby wyprowadzić mnie z równowagi. Coraz bardziej oddalałem się od życia rzeczywistego. A ponieważ tych drobnych codziennych kłopotów jest dużo więcej niż tych większych problemów, toteż coraz częściej urządzałem sobie wypady w krainę przyjemności i beztroski.
Zaczynałem postrzegać swoje życie jako coraz gorsze, a im gorsze je widziałem tym bardziej chciałem od niego uciec. Tak że w końcu każdy pojawiający się problem próbowałem wyeliminować ze swojego życia, jeśli nie całkowicie to przynajmniej na chwilę. Negatywne emocje próbowałem stłumić, a przynajmniej zmniejszyć ich największe nasilenie, wszak następnego dnia ten sam problem wyglądał już zupełnie inaczej.
Patrząc na problem z drugiej strony, to częściej niż inni sięgałem po alkohol, aby jeszcze bardziej podkręcić coś i tak już przyjemnego. Będąc na plaży, w lesie, w górach itp. chciałem tą przyjemność jeszcze zwiększyć, bo w moim życiu, którym chciałem żyć to powinno być jeszcze przyjemniejsze.
W miarę jak moja satysfakcja z picia alkoholu zmniejszała się, żeby nie tracić nic na atrakcyjności swojego życia, nadrabiałem to po prostu większą intensywnością i częstotliwością picia.
Próbowałem kreować swoje własne życie. Panować nad nim całkowicie.
Nie wiedziałem, że w tym życiu jest już jakiś nadany mu porządek. Na pewne rzeczy potrzeba czasu, a ja chciałem iść jak błyskawica. Wszystkie plany, czy to kariery czy to życia prywatnego zakładały wielkie skoki dokonywane z prawdziwą perfekcją, bo nie miałem czasu na jakieś użeranie się z problemami. Moim celem było przecież super-życie.
A co z moim rozwojem życiowym? No cóż, z założenia miałem uczyć się na sukcesach, a nie na porażkach. A mój dystans do życia? Nie było go w ogóle. Przecież to cudowne życie było tuż tuż, na wyciągnięcie ręki. Już zaraz miało się zacząć!
A kiedy docierałem do wyznaczonej przez siebie daty spełnienia czegoś i odkrywałem, że tak naprawdę kompletnie nic się nie zmieniło w moim życiu, dopadało mnie przygnębienie i złość. Nie rozumiałem, dlaczego ten plan nie zadziałał, przecież był taki dobry?