Moje wyznanie miłości wobec ducha Viga
Oczywiście jest to jedynie mój sposób widzenia związków partnerskich i jako, że nie jestem w tej dziedzinie ani doświadczony, ani nie posiadam odpowiedniej wiedzy naukowej, moje spojrzenie może jedynie rzucić inne światło na ich sens i wartości.
Jeśli przyjrzymy się znaczeniu stanu małżeństwa, to możemy zauważyć, że wraz z obietnicą nowego życia, nowej nadziei i radosnej zmiany, oddajemy również swoją wolność w czyjeś ręce i to nie tylko tą związaną z zachowaniem, ale również odnoszącą się do naszych myśli i uczuć. Przysięgamy szanować wzajemnie swoje prawa, obowiązki i oczekiwania, oraz obdarzać się uczuciem i wzajemną wiernością.
Przysięgamy nie pokochać innego człowieka już do końca życia, przyrzekamy nie czuć nic i nie tęsknić, tak by nie zranić próżności i egoizmu współmałżonka, bo czy przyjmując taką obietnicę, ktoś powie; „ nie kochanie, to za dużo, skrzywdziłbym cię zabierając wszystko”? Oczywiście, że nie! Bierzemy wszystko, z ogromnym szczęściem w sercu i przeświadczeniem, że robimy to dla jej lub jego dobra, bo przecież wszystko jej zapewnimy.
To nie miłość wymaga tego ślubu, ale poczucie bezpieczeństwa, stałości wsparcia i wielu innych powodów, a na końcu tej kolejki stoi chęć posiadania. Myślimy, a nawet mówimy, nie zdając sobie sprawy ze znaczenia tych słów: „Będziesz już mój/moja na dobre i na złe”. Który z mędrców znajdzie w tym zdaniu pokorę i szacunek wobec człowieka i jego emocji, marzeń oraz pragnień. Oczywiście, że te słowa wynikają z miłości, ale pytanie brzmi; do kogo ona jest skierowana? Kto chce kochać, a kto chce być tylko kochanym?
Kto jest na tyle mądry, by pozwolić odejść partnerowi, który nie kocha, a kto na tyle głupi, aby zapisać słowa tej przysięgi na papierze i wymagać wywiązania się z niej, gdy wszystko umiera?
Czy takie spojrzenie na drugiego człowieka, nie wynika ludzkiej natury chciwości? Mówimy; nasze morze, nasza wyspa, nasze dzikie zwierzęta i lasy oraz nasze żony i mężowie. Kto tam wejdzie i złowi nasze ryby, zagarnie naszą górę i lasy będzie musiał z nami walczyć. Kto zabierze uczucia mojej żony i jej myśli będzie miał ze mną do czynienia. Ukradł przecież coś mojego, co mi się należy i co miałem mieć na wyłączność już do końca życia.
Przyznajemy sobie oczywiście pewną wolność zewnętrzną, na przykład to, że partner może się z kimś spotkać czy iść zabawić, ale ile jest w tym wolności uczuć i pragnień? Chyba jest raczej zastąpiony pakietem porozumień, ile jest wolno tobie to i mnie. Czyli wzajemne niewolnictwo. A kto ma się zakochać pierwszy w kimś innym, gdy uczucia dogasają? Wyznaczycie daty? Ktoś powie, że to jest destrukcja instytucji małżeństwa. W porządku, ale jeśli ktoś z małżonków złamie przysięgę małżeństwa daną Bogu i przestanie kochać aż do śmierci i na dodatek zakocha się w kimś innym? To jak ma odpowiadać za swoje uczucia, których nawet nie rozumie, a co dopiero kontroluje.
I za co mają tą osobę osądzać? Za złe zaplanowanie uczuć? Miało być 50 lat, a było 5 lat. Wyznaczcie jej teraz karę!!! Kto z was potrafi zaplanować swoje uczucia na następny tydzień, miesiąc i rok?
I czy tu chodzi o anarchię i pustkę? Nie. O prawdziwość stałych uczuć, o szacunek i pokorę do drugiego człowieka i tego wszystkiego co ma w swoim wnętrzu. Nikt przecież nie powie, że tak zwane "długie związki", oznaczają jakąś stałość. Bardzo byśmy tego chcieli i tego właśnie oczekujemy od partnera. No właśnie od partnera, a od siebie bardziej w teorii niż w praktyce, bo gdy dochodzi w jakichś okolicznościach do osłabnięcia uczuć a nawet "zdrady", zrzucamy odpowiedzialność na barki partnera i okoliczności i mówimy; "to twoja wina" lub "nie mam pojęcia jak to się stało"? Z resztą w takiej sytuacji, nie zdradziliście swoich uczuć. Bo co to znaczy zdradzić swoje uczucia? One po prostu pojawiają się i znikają. W danej chwili ogarniają was dane emocje i one po prostu są. Czy moglibyście mieć fałszywe emocje i co by to oznaczało? "Fałszywie jestem zły", "fałszywie zakochałem się w kimś", "fałszywie go nie znoszę" itd.
W takim przypadku, odnosicie swój obecny stan do chwil gdy było wyjątkowo przyjemnie a wręcz cudownie. Wasza chęć pozostania w tym przyjemnym stanie powoduje, że przywołujecie do porządku swojego partnera czy nawet siebie, by tego stanu nie zmieniać. Tak się dzieje, gdy tylko jeden z partnerów "szwankuje", inne przypadki są dużo prostsze.
A w jaki sposób ratujecie ową stałość uczuć, po prostu powołując się na nią samą. Wszystko byłoby w porządku, gdyby ona istniała. Niestety to tylko pragnienia zapewnienia sobie stale trwającego przyjemnego stanu i bezpieczeństwa.
Na początku, gdy uczucia są silne, jesteśmy na tyle silni, że potrafimy taką wierność obiecać. I tu pojawia się od razu potrzeba odwzajemnienia. Obiecujemy absolutnie wszystko i to do końca życia, jakbyśmy mieli jakąkolwiek kontrolę nad własnymi uczuciami. Ulegamy złudzeniu, że nasze uczucia są stałe, nawet w niesprzyjających okolicznościach. Tyle, że uczucia z samej swojej natury są, a nawet muszą być zmienne. Kto z was wyobraża sobie możliwość bycia szczęśliwym i zakochanym w sposób ciągły w tak zmieniających się warunkach zewnętrznych. To by było nawet wręcz niebezpieczne, gdyż sprowadzałoby chęć koncentrowania się na swoim wnętrzu. Przyjemnie i błogo znaczy bezpiecznie. Przypomnę tutaj, że jesteśmy wynikiem ewolucji i natura sama musiała nas wyposażyć w taki zawór bezpieczeństwa, jakim jest ulotność zauroczenia i zakochania. Dała tyle ile jest potrzebne by stworzyć silny związek w którym mogą pojawić się dzieci, a przejście w tak zwany "związek zaangażowany", pozwala na możliwość późniejszego funkcjonowanie w społeczeństwie i ogóle w życiu.
I to jest dla nas tak normalne, że nawet nikt się nad tym nie zastanawia. Ten partner należy do mnie, mówimy. A wszystko co odbywa się w jego umyśle musi mieć moje przyzwolenie. Mało tego, na wiele myśli i pragnień nigdy nie wydam zgody, a wręcz nakrzyczę. W końcu to mój partner, a więc wszystkie myśli i pragnienia mojego partnera powinny być logiczne, akceptowalne, skierowane na naszą osobę i co najważniejsze zaspokajane. Bo przecież niemożliwe jest, by brakowało mu czegoś emocjonalnego.
Czy jednak jest na świecie człowiek, który potrafi zapewnić swojemu towarzyszowi życiowemu pełne emocjonalne spełnienie przez dłuższy czas? A jednak wszyscy udają, że to właśnie oni są taką osobą?
A jeśli nie wszystkie potrzeby emocjonalne jesteśmy w stanie zaspokoić, to stajemy przed wyborem. Możemy, albo zaspokoić swój egoizm i próżność, na nic nie pozwalając, lub stanąć obok i zobaczyć prawdziwe szczęście swojego partnera.
Patrząc w ten sposób na człowieka, z którym chce się spędzić życie, przysięga wierności i oddania, zabiera ważną część ich życia, w imię wspólnego dobra. Dwoje ludzi, zamiast się uzupełniać, zajmują sobie nawzajem przestrzenie życiowe.
Mało tego, inni ludzie nie powinni się fizycznie podobać i pociągać, nie powinni wzbudzać szczerej sympatii, a już na pewno myśli by być z tym kimś przy boku. Jeśli to nie jest niewolnictwo emocjonalne, to jak to nazwać? Na dodatek, bez żadnego szacunku dla pragnień, marzeń i emocji. Bez ukłonu w kierunku drugiego człowieka, a jedynie z pociągnięciem za łańcuch i chłostę, za zło którego się dopuściła w myślach. Zgrzeszyła myślą, bo pokochała kogoś innego.
Musicie ciągle pamiętać, że jesteśmy "stworzeniami Boga, ale przez ewolucję". Ten egoizm by zatrzymać partnera tylko dla siebie, czy nawet męskie zdrady, to nic innego jak tylko walka o zapewnienie trwania swojego własnego przekazu genetycznego. Absolutnie nie chcę odzierać z romantyzmu i piękna uczucie miłości, ale to jest bardzo ważne narzędzie w walce właśnie o to piękno i romantyzm. Mając tego świadomość nie musicie już tak walczyć; kobiety o stałego partnera, który zapewni byt jej i dzieciom, mężczyźni "o skok w bok bez uczuć", gdy tylko nadarzy się ku temu okazja. To wszystko wynieśliście z natury, której warunki mają się już nijak do obecnego życia w społeczeństwach.
Czy tu chodzi o anarchię? Nie. O szacunek i pokorę do drugiego człowieka i tego wszystkiego co ma w swoim wnętrzu.
Jeśli więc partner poczuje coś do innej osoby i jest to coś nienormalnego, złego i wbrew logice, bo przecież miał absolutnie wszystko. Mało tego, przysiągł, że to mu wystarczy.
Fizycznie wolny, mający swoje zdanie na dany temat, może nawet dominujący w związku, lecz nie może kochać drugiej osoby. Bo to jest złe, bo przysiągł, bo zdradziłby swojego partnera. A wszyscy wokół powtarzają; „opanuj się, przecież masz wszystko, męża, dzieci, dom”.
Ktoś odbiera wolność, ogranicza marzenia, Nic już nie jest własnością osobistą, ani marzenia, ani uczucia, ani całe życie. Dramat pojawia się gdy ta wolność znajdzie się w rękach nieodpowiedniej osoby. Z niewolnicy robi się wtedy męczennica, a z dzieci przestępcy i wszystko to w imię Boga.
Kto jest na tyle mądry by stanąć obok swojego partnera i dopełnić jego życie, a nie zmieniać go według własnego życzenia, tak by pasowało do naszego genialnego planu.
W środku wszyscy nosimy kajdany. Kochać można tylko jedną osobę dwie osoby jednocześnie, to zdrada. Nie swoich uczuć, lecz obu partnerów,
Nikt nie potrafi zaplanować swoich emocji, a mimo to wielu obiecuje myśleć i kochać wyłącznie tą jedyną osobę.
Szczególnie w dłuższej perspektywie, obietnice stawiane sobie nawzajem w dniu ślubu są raczej listą życzeń i marzeń, na dodatek połączoną z wyrzeczeniem się praw do swojej wolności. Ta chęć poczucia bezpieczeństwa prowadzi nas do deklarowania i wręcz udokumentowania stanu stałości i stanowi później punkt odniesienia do wszelkich późniejszych zmian. Poza tym, takie „prawo własności” sprowadza się do tego, że nie trzeba się specjalnie starać o partnera, a wręcz można zacząć wymagać. „jest przecież moją żoną/ moim mężem”.
Zazdrość, jeśli nie przekracza pewnej granicy, nie jest patologicznym uczuciem. Jest ogólnoludzka, czyli naturalna. A dla osoby która jest w jej centrum jest całkiem przyjemna. Szczególnie dziewczyny mogą coś na ten temat powiedzieć.
A tymczasem co robi osoba która odczuwa zazdrość? Stara się ją usunąć, zamiast zaakceptować jej normalność i jej pozytywną funkcję. A najprostszy sposób to "przywłaszczyć" sobie partnera na własność i pilnować jak coś jego/jej.