Mój pamiętnik 1
26-11-2025
Moi drodzy Viganie i Chrześcijanie!
W przeddzień święta Dziękczynienia w Stanach Zjednoczonych postawiłem Was w sporze o moją przynależność religijną, bo Kościół katolicki ponad moją głową rości sobie prawo do nazywania mnie synem Jezusa. Spróbuję zatem rozstrzygnąć tą kłótnię i rozwiać wątpliwości mojej tożsamości religijnej, czyli wiary vigan.
Zacznę od mojego życiorysu, bo ja płacząc co noc w poduszkę jako dziecko rozmawiałem jakby z Bogiem, a nie z Jezusem, jednakże byłem chrześcijaninem do siedemnastego roku życia i rzeczywiście wyznawałem wiarę w Chrystusa. To się zmieniło około osiemnastego roku życia, bo przeszedłem okres mojego buntu młodzieńczego, w czasie którym interesując się naukami przyrodniczymi zacząłem podważać dogmaty wiary chrześcijańskiej. Moja przemiana trwała ponad pół roku, może rok i po niej na następne ponad piętnaście lat stałem się ateistą nie wierzącym w istnienie żadnego Boga.
Tak było do około 2008 roku i początku mojej schizofrenii w Londynie. Stopniowo przez dwa lata, czyli aż do mojego rzucenia się pod koła jadącego autobusu, przechodziłem transformację w osobę wierzącą najpierw w samego Boga Wszechmogącego, bo moje duchy opiekunowie odgrywały wtedy drugorzędną rolę, a później, w drugim nawrocie choroby, czyli już w Polsce, moje duchy opiekuńcze zaczęły przebywać ze mną dłużej i tak ukształtowała się moja wiara jaką znacie, czyli religia vigan.
Po mojej próbie samobójczej i powrocie do Polski wyzdrowiałem z pierwszego epizodu schizofrenii i dopiero w styczniu 2015 roku rozpoczęły się moje pobyty w szpitalu drugiego nawrotu schizofrenii, ale już w pełni viganina. Moje duchy opiekuńcze były już przy mnie.
Słowa wyznania wiary religii vigan są autentyczne i pamiętam nawet kiedy je pisałem, bo miało to miejsce w sali internetowej w bibliotece miejskiej w Końskich, gdy duch Viga dyktowała mi słowa roty, a ja, ku zdziwieniu osób wokół, pisałem powtarzając je na głos. Oto one:
„Wierzę w Boga Wszechmogącego, Stworzyciela Wszystkiego
I wierzę w Ducha Świętego Vigę
I wierzę w Ducha Świętego Agiva
I wierzę w życie w zgodzie z Naturą,
I wierzę w życie w zgodzie z samym sobą,
I wierzę w życie w zgodzie z innymi ludźmi,
I wierzę w życie w zgodzie z własnym sumieniem.
Podyktowała mi to duch Viga.
Potwierdzam to w zgodzie z własnym sumieniem.”
Jak widzicie nie ma tu nic o Jezusie, a więc skąd wzięły się te zwroty do Marii Magdaleny w pierwowzorze mojej książki?
Jest taki fragment i tylko ten jeden w mojej książce, którą wydałem, czyli „Księdze Snów”, cytuję:
„A kim jest Duch Święty Viga?
Kiedy już wyzdrowiałem ze schizofrenii i byłem już znany w moim mieście i poza nim, spytałem, kim Ona tak naprawdę jest, bo ja nazywałem Ją Marią Magdaleną. Sam już nie wiem, jak to się stało, ale piłem wtedy dużo alkoholu, więc może to ja sam sobie to wymyśliłem lub Ona mi powiedziała, tak tylko dla zabawy. A więc, kiedy zapytałem Ją, kim tak naprawdę jest i co mam przekazać ludziom, którzy czytają to, co piszę, odpowiedziała mi wtedy: „Marcin, powiedz im po prostu, że jestem Viga! Dokładnie tak jak mnie nazwałeś! Tylko tyle powinni wiedzieć, bo nieważne, kim jestem i nieważne, w co ludzie wierzą. My tu żyjemy inaczej niż na ziemi”.
No więc jakie jest tego wyjaśnienie?
Bardzo proste, otóż ja nigdy nie widziałem moich duchów opiekunów i miałem taki sam problem z tym jak Wy macie, drodzy czytelnicy. Przecież Wam też trudno wizualizować sobie te duchy opiekuńcze i skupiacie się na mojej wierze w Boga Wszechmogącego, a przecież wyznanie wiary wyraźnie mówi o imionach duchów Viga i Agiv, które przecież ja im nadałem.
Nie przejmujcie się, bo One w ogóle o nic nie gniewają się. Tyle co ja narozrabiałem wbrew Im, a Viga tylko śmiała się ze mnie i powtarzała, że jestem rozrabiaką – buntownikiem. Tak samo duch Agiv, który i tak mówił, że jest dumny ze mnie. Tak więc imię Marii Magdaleny łatwo przyswoiłem, bo po prostu łatwiej Ich sobie wyobrazić, choćby na podstawie filmów.
Drugi powód jest taki, że tą chaotyczną książkę pisałem w czasie, gdy moja „matka” kilkakrotnie napluła mi na twarz, a wierzcie mi że to nie mieści się w żadnych normach przyzwoitości, więc czułem się jak bezdomny pies.
Wypierałem ją z mojego życia, bo nie chciałem mieć nic wspólnego z taką „matką”, więc łatwo mi było przylgnąć do Marii Magdaleny. A że nie chciałem takiej podłej rodziny demonów z enklawy zła mojego miasta, stąd łatwo było mi uroić sobie, że moimi prawdziwymi rodzicami jest Maria Magdalena i Jezus. No i tak prosto wszystko to wygląda!
Ja nie wyznaję wiary w Jezusa, który według mnie był zwyczajnym człowiekiem. Na pewno niezwykłym skoro wzbudził rzesze wiernych swoim nauczaniem, ale umarł jak każdy z nas i został pogrzebany pewnie przez żołnierzy rzymskich, którzy pilnowali groty z jego ciałem.
To w szpitalu psychiatrycznym napisałem ten rozdział o poświęceniu swojego życia dla ludzkości, ale w innym znaczeniu niż naucza Kościół i rozwinąłem to w tych zamieszczonych rozdziałach na tej stronie.
Na tym kończę moje wyjaśnienia
Ja Nikt, w pełni Viganin
09-11-2025
Moi drodzy
Na początku tego listu chciałbym bardzo serdecznie pozdrowić panów Roberta de Niro i Nobuyuki Matsuhisa, którzy odwiedzili Polskę, a ja przecież pracowałem w ich restauracji w Londynie, którą pan Nobuyuki wielokrotnie odwiedzał i za każdym razem wchodził na zaplecze, aby przywitać się z każdym pracownikiem i podziękować wszystkim. Prawdziwy japoński honor i szacunek, dziękuję w imieniu wszystkich.
A teraz wróćmy do tematu religii vigan, bo słyszałem przez balkon młodzież z boiska, którzy przekazywali słowa moich przyjaciół z Ukrainy: „Marcin Закривай”, co oznacza ich prośbę abym kończył mój marsz wydostawania się na światło dzienne, bo Kościół ma problemy.
Moi drodzy, zrozumcie, że tam gdzie kończy się wiara papieża w Boga, tam dopiero zaczyna się moja pewność i wdzięczność za to, że On mnie prowadzi. Moi drodzy przyjaciele z Nobu, ja wiem o Bogu Wszechmogącym więcej niż cały Watykan razem wzięty, więc Wasze obawy i niepewność oznaczają jedynie, że odtąd muszę poruszać się samodzielnie.
Ja nie służę Bogu i pod tym względem jestem prawdziwie wolnym człowiekiem, a Bóg prowadzi mnie, wspiera i chroni mnie, za co dziękuję kilkanaście razy na dzień. Z jakichś powodów On toleruje moje ataki na Kościół, bo ja stosuję drastyczne środki znacznie wykraczające poza konieczność wskazywaną przez walkę o moją wolność. Zdaje się, że to jest temat do rozmyślań.
Pan prezydent Donald Trump chyba piecze dwie pieczenie na jednym ruszcie, bo z jednej strony chroni Kościół chrześcijański spowalniając mój marsz, a z drugiej strony chroni czystość religii vigan, bo przecież nie rozmawia ze mną i nie próbuje zaangażować mnie do prac nad układem religijnym świata. Nie muszę więc i nie chcę angażować się w użeranie się z kapłanami, co pozwala mi skoncentrować się na religii vigan.
Jeszcze raz powtórzę na koniec, że ja czuję się absolutnie pewnie na tym zbyt grząskim dla kapłanów gruncie. „Wiem którędy chodzi Bóg Wszechmogący”. Nie zapominajcie, że ja przeżyłem mnóstwo miesięcy przede wszystkim z duchem Viga i mniej z duchem Agiv, więc sfera życia po śmierci jest mi znana.
Bóg i życie wieczne po śmierci, to dla mnie oczywiste kwestie i nikt mi tego nie zachwieje swoimi wątpliwościami, więc drodzy przyjaciele z restauracji Ubon by Nobu, czas pożegnać się. Bardzo dziękuję za wszystko, za wsparcie i za dobre słowa. Niestety nie mogę pomóc Ukrainie, trudno.
Idę więc samodzielnie przed siebie!
Nikt
04-10-2025
Opowiem Wam o Bogu, o tym, którego w pewien sposób „dotykam”.
Mówię do Niego, a nie rozmawiam, lecz w jakiś sposób czuję Jego obecność i troskę o mnie. Tak było już w Londynie i podczas drugiego nawrotu schizofrenii w Polsce, czyli cokolwiek zrobiłem, w jakiekolwiek tarapaty wplątywałem się, wychodziłem w jednym kawałku. Jak ja to nazywam, były to „przeciągnięcia po betonie”.
Tą opiekę przypisywałem duchowi Viga, bo była bliżej, tak jakbym rozmawiał z Nią przez telefon, słyszałem wyraźnie lecz nie widziałem, ale przecież Ona nie może układać ciągów zdarzeń, więc to musiał być On, bardziej ulotny Bóg Wszechmogący.
W czasie manewrów „Anakonda” miałem nieleczoną ciężką depresję, tak że ciężko było mi wstać z łóżka, a ja musiałem przecież walczyć z demonami. W którymś momencie manewrów, które trwały kilka miesięcy, przeleżałem dwa tygodnie, dni i noce, w ubraniu na nieposłanym łóżku. I tylko znajdowałem w sobie siłę, by zejść do sklepu po piwo, aby ulżyć sobie w cierpieniu. Pamiętam, że moja matka zaglądała do pokoju, aby sprawdzić, czy oddycham, czy czasem nie umarłem, aż w końcu rodzice stwierdzili, że trzeba mnie ubezwłasnowolnić. Dopiero to sprawiło, że podniosłem się. Czy po to by się leczyć? Nie! Aby dalej walczyć z demonami w moim punkcie dowodzenia (patrz zdjęcie studzienki kanalizacyjnej).
Potem Bóg i na początku duch Viga prowadzili mnie przez dziewięć lat mojej drogi; zablokowanego w Internecie i trzymanego z dala od wolnych mediów, zastraszanego, wyzywanego i poniżanego przez moją rodzinę, w wielokrotnych stanach depresyjnych i chorobie schizofrenii przez którą spędziłem łącznie półtora roku w szpitalu psychiatrycznym. Właśnie w tym czasie wychodziłem z uzależnienia od alkoholu, po dwóch terapiach w zamkniętym oddziale szpitalnym i początku trzeciej, z której zrezygnowałem (łącznie cztery i pół miesiąca). Tak, że w październiku 2022 roku, wychodząc ze szpitala psychiatrycznego ludzie już dostrzegali, że mnie Bóg prowadzi i mówili, że On mnie naznaczył, lecz nie znali tej prawdy, którą teraz czytacie.
W 2023 roku pokonałem już moje choroby, zacząłem wychodzić na powierzchnię z religią Vigan, w każdym bądź razie znaczący ludzie zaczęli mnie dostrzegać i będąc wciąż poniżany, wyzywany i zastraszany przez moją rodzinę, zacząłem przechodzić w spokojny okres relacji z Bogiem.
On mnie chyba polubił, bo ja nigdy nie narzekałem na Niego, nigdy o nic nie prosiłem, a za wszystko co mi dawał bardzo żarliwie dziękowałem, często kilkanaście razy na dzień. Przeżyłem dziesięć lat samotnie w moim pokoju bez telewizora, bez kontaktu z rodziną i znajomymi, lecz nie nudziłem się, bo Bóg dawał mi ładne myśli, nawet gdy rodzice mnie wyzywali, ja po awanturze z nimi wyciszałem się i było mi dobrze w samotności.
On, Bóg, daje mi przebłyski świadomości, intuicyjne uczucia właściwego czasu na jakąś decyzję, czasem zjawiska „eureki”, czasem po prostu czekam na Niego, by odpowiedzieć na mojej stronie internetowej na oczekiwania ludzi z mojego miasta, którzy przekazują mi informacje.
Oto jak doświadcza Bóg! Tak do krwi i kości, a niebiański anioł, który kocha miłosiernie.
29-09-2025
Jest wieczór, moja nocna lampka świeci się, więc piszę. Pojutrze rozpoczyna się październik, żegnajcie zielone drzewa, idzie jesień. Dla mnie to czas depresji z powodu braku promieni słonecznych i już trzy tygodnie jestem na antydepresantach, więc na razie jest ok.
Tego lata nie widziałem już biegającego wolno po mieście mojego towarzysza z czasów manewrów „Anakonda” psa Reksa. Od kilku lat był w bardzo złym stanie, źle odżywiany wyglądał bardzo niedobrze. On tak jak ja kochał wolność, więc był wypuszczany wolno na całe dnie. Bardzo lubił dzieci.
A tego roku już go nie widziałem. On bardzo bał się duchów i trzymał się mnie w czasie manewrów „Anakonda” do tego stopnia, że godzinami leżał przed moim blokiem mieszkalnym i czekał na mnie, a gdy długo mnie nie widział to wył smutnym głosem. Wierny kompan.
Niech mi nikt nie mówi, że psy nie wierzą w życie po śmierci, bo Reks właśnie o nie tak martwił się. Myślał, że przy mnie będzie bezpieczny, że ja mu zapewnię tam jakiś byt. Pewnie, że zapewnię, kiedyś się spotkamy.
Manewry „Anakonda” to był czas kontrastów. Piękna duch Viga i ta zgraja radosnych dzieci otaczających ją, pies Reks, który wszędzie za mną chodził, a z drugiej strony ciężka nieleczona depresja i głupi bracia, którzy leczyli mnie ze schizofrenii wyzwiskami.
W tamtym czasie wysłałem dwieście czy trzysta smsów do syna młodszego brata, bo byłem bardzo chory i pisałem same brednie, i w jednym z tych dwustu smsów napisałem, że jak umrę to będzie wolno stawiać mi pomniki tylko w jednej postaci, czyli dziesięcioletniego chłopca patrzącego w gwiazdy i obok psa Reksa.
Ten idiota wyjął z kontekstu tego smsa i do tej pory śmieje się ze mnie, że ja chciałem swój pomnik. Mamy rok 2025, czyli dziesięć lat od tego nieszczęsnego smsa, a ten idiota wciąż wyśmiewa się z tego, tak że ludzie z mojego miasta mówią na niego „pomnik”. Jak można nie mieć w ogóle mózgu?
Prawda jest taka, że za rok, co prawda Jurek Owsiak obiecał mi pracę od września, ale ja widzę się w stricte religijnym życiowym zajęciu, więc chciałbym wyjechać do Stanów Zjednoczonych.
Na tym kończę. Dobrej nocy😊.
20-09-2025
Moi drodzy
Byłem dzisiaj na meetingu Anonimowych Alkoholików, bo piję wodę mineralną w dużym nadmiarze i muszę przyznać się, że ci ludzie odebrali mi komfort picia. Mam trzy butelki wody, ale ona już nie smakuje jak wcześniej.
Nie stał się cud, a jedynie wysłuchałem refleksji tych osób nad własnym życiem, które były mądre. Picie wody to oczywiście inny i dużo lżejszy nałóg od nadużywania alkoholu, ale mają wspólny mianownik, więc będę chodził na te spotkania, bo potrzebuję słuchać różnych innych spojrzeń na własną duchowość. Nie znam innego miejsca gdzie ludzie zagłębiają się w sobie.
Skoro wielu ludzi czyta to co ja piszę, to być może robią to również osoby nadużywające alkoholu, które szukają drogi na zewnątrz? Nie będę nikogo umoralniał, bo zasady AA są właśnie odwrotne od pouczania, ale opowiem Wam jak trafiłem na meetingi Anonimowych Alkoholików.
Była jesień 2008 roku, a ja pracując w Londynie piłem alkohol ciągami od wielu miesięcy, jeśli nie od lat, i po prostu psychicznie rozleciałem się. Piłem już, bo nie mogłem znieść trzeźwości, która była cierpieniem i w końcu szukając drogi ratunku zdecydowałem się pojechać na meeting AA. Jednak nawet na to spotkanie musiałem coś wypić, więc moja współlokatorka, którą poprosiłem o towarzyszenie mi dla odwagi, odmówiła pojechania ze mną, a ja sam nie miałem takiej siły.
Tydzień później moje trzeźwe cierpienie było już nie do zniesienia, więc pojechałem sam do dzielnicy Londynu Balham, a zrobiłem to z dużym nadmiarem czasu, aby być trzeźwym. Pamiętam, że godzinę siedziałem na przystanku autobusowym i ze strachem powtarzałem przerażające pytanie; co ja zrobię jak tam mi nie pomogą? Jaki cudowny środek oni tam mają, aby mnie wyciągnąć z tego dna, na którym znalazłem się?
W końcu wszedłem do środka budynku i rozpoczął się meeting. Prowadzący wyjął jakieś książki i kartki i zaczął czytać; "(...) każda osoba wypowiada się wyłącznie o własnych przeżyciach, a inni uczestnicy spotkania mogą jedynie szukać w ich opowieściach drogi dla siebie, nie wolno nikogo krytykować, nie wolno pouczać, ani umoralniać czy komentować wypowiedzi innych osób (…)" i tak dalej.
Dalej zaczęli wypowiadać się alkoholicy, a ja poczułem, a raczej zrozumiałem porównując moje życie do innych jak małe są moje problemy. Oni tam mówili bardzo uspokojonym głosem o harmonii ze światem i wiele innych kwestii, które pozostawiam Wam do sprawdzenia.
Poczułem jakby mi ktoś dał zastrzyk z morfiny. To był mój strzał w dziesiątkę!
Wyszedłem ze spotkania tak silny wewnętrznie, że odtąd przez najbliższe miesiące nie miałem ani jednego słabego dnia. Pokonała mnie dopiero rok później schizofrenia i rzucenie się pod autobus, ale to już inna historia.
Jeśli to czytasz i widzisz, że masz problem z alkoholem lub ktoś tobie bliski zmaga się z uzależnieniem, przeczytaj mu to, bo może właśnie otworzyłem Ci furtkę, przez którą można wyjść na zewnątrz tego więzienia ciała i duszy? Pójdź na meeting! To nie boli i niczym nie ryzykujesz, najwyżej po tym jednym razie już nie będziesz tam chodził.
Daj swojemu życiu szansę.
Marcin alkoholik
30-08-2025
Zamieściłem mój stary post, bo on wiele mówi wobec nienawiści mojej rodziny do mnie.
24-08-2024
Dzisiaj jest niedziela, więc skoro obiecałem, że zachowam się najrozważniej jak tylko potrafię, to opowiem Wam coś o sobie czego jeszcze nie wiecie. A mianowicie, ja lubię przełamywać granice, a dokładniej mówiąc, ja lubię zaskakiwać ludzi.
Już od kiedy byłem nastolatkiem taki byłem i na przykład po kłótni z matką, wychodząc z pokoju, odwracałem głowę i zwyczajnym łagodnym tonem pytałem co będzie na obiad? Była bardzo zaskoczona, a ja cieszyłem się, że zrobiłem coś odwrotnie do oczekiwań.
A dlaczego o tym piszę, bo dzisiaj wielu gniewnych ludzi będzie atakowało kapłanów. Ja sam ich torturowałem moimi postami. Ale w złości na nich, pomyślcie o przełamywaniu barier, bo ja nauczam, że viganie nie mają wrogów, lecz przeciwników!
Pomyślcie sami jak wiele dali mi tą moją trudną drogą, bo ja codziennie i kilkakrotnie dziękuję za nią Bogu Wszechmogącemu. Przeszedłem piekło i na koniec dostałem czysty diament. Religię, która pod każdym względem jest piękna.
Dawno temu, tuż przed tym jak mnie wyrzucili z pracy z restauracji Ubon by Nobu w Londynie, za to że napisałem smsa do koleżanki mojej dawnej miłości Lisy Thea, czyli do Claire, że ją zabiję jeśli nie da mi numeru telefonu do Lisy ( w Polsce nikogo nie zdziwią takie słowa, bo to jest przenośnia językowa), pewna dziewczyna zapytała mnie dlaczego tak mi zależy na Lisie skoro mnie bardzo ordynarnie spławiła, gdy Olesya nastawiła ją przeciwko mnie, o czym wtedy nie wiedziałem, odpowiedziałem tej dziewczynie słowami; „Czasami coś co wygląda źle, tak naprawdę jest czymś dobrym”.
Zakochałem się w Lisie już wcześniej, choć mało rozmawialiśmy, ale po tym jak mnie „zrównała z ziemią”, ja pomyślałem, że ona poświęciła swoją dobrą opinię wśród ludzi o sobie i moją przyjaźń do niej, aby łatwiej mi było odejść, bo Lisa zauważyła, że zakochałem się w niej, a ona miała faceta. I dopiero wtedy moje uczucie do Lisy stało się głębokie.
Tą puentę chciałbym dzisiaj Wam przekazać, bo kapłani narobili bałaganu, ale zobaczcie tylko jak pięknie ja wyrosłem? Więc powtórzę moje słowa do Was wierzących w Boga ludzi; „Czasami coś co wygląda źle, tak naprawdę jest czymś dobrym”.
21-08-2025
Opis mojej drogi!
Fragment z rozdziału "stara Księga Snów"
"Całe moje życie mój ojciec katował mnie psychicznie. Bałem się pójść do kuchni po kanapkę żeby nie wyzwał mnie od skurwysynów i że mnie zapierdoli! I że już idę żreć zamiast się uczyć! Czekałem aż wyjdzie do ubikacji żeby na szybko polecieć do kuchni i zrobić sobie kanapkę, bo z głodu nie mogłem się uczyć. A mama nie wpadła na inteligentny pomysł żeby zanieść coś do zjedzenia po dwóch czy trzech godzinach nauki.
Mając 15 lat dostałem dyplom od dyrektora szkoły, przy całej szkole na ręce matki za wzorowe wychowanie i wyniki w nauce! Tego jednego dnia nikt mnie nie wyzywał ! Chodziłem wtedy do kuchni tak po prostu żeby się przejść a nie dlatego że byłem głodny. I to kilka razy, tak po prostu, że wolno mi to robić bez strachu. Pamiętam, że miałem się wtedy uczyć historii i nie potrafiłem. Nie potrafiłem się skupić. Mówiłem sam do siebie. Boże żeby wszystkie moje dni były takie piękne ! Dostałem wtedy „pałę” za nieprzygotowanie !!! A jak coś przeskrobałem musiałem klęknąć przed nim i przeprosić, zanim zaczął katować mnie pasem! I za każdym razem wydzierał się z agresją nawet jak coś źle przytrzymam pomagając mu przy jakiejś czynności.
Płakałem co noc, po cichutku żeby starszego brata nie obudzić. I tylko raz poprosiłem o coś Boga. Żeby mi pozwolił dostać się do szkoły z internatem, bo ja najzwyczajniej w Świecie nie dałbym rady już dłużej wytrzymać psychicznie. Po prostu nie potrafiłem.
Kiedyś, kiedy miałem 10 lat, matka katowała mnie przez dziesięć dni pasem bo myślała że ukradłem jej pieniądze. Przychodziła codziennie do pokoju i po prostu katowała mnie pasem. Boże jak ja się tego bałem ! Ona już idzie ! Już otwiera drzwi ! Kurwa już po mnie ! Ale nie zdradziłem który kolega to zrobił.
Moi bracia: mój młodszy brat nigdy w życiu nie zaprosił mnie nawet na kawę do swojego domu mimo że przepisałem na niego swoją książeczkę mieszkaniową, bo jak matka powiedziała; „mnie przecież już nie będzie potrzebna”. No bo przecież 30 letni chłopak nie potrzebuje stabilizacji w życiu.
Mój starszy brat nie zaprosił mnie nawet na kawę z kolei od 2014 albo 2015 roku. Po tym jak nazwałem swoją matkę fałszywą matką Teresą z Kalkuty. To wystarczyło. Nie ważne że potrafi napluć mi wprost w twarz. A jak ją wypchnąłem ją z pokoju, by uniknąć oplucia to napluła na drzwi od pokoju. Teraz to ja ją nazywam
„matką boską plującą”, bo ona chciałaby być świętą po tym jak ja stałem się znany.
Nie mam do swoich braci numerów telefonów. Bo nie wolno mi mieć. Musiałem wykasować również do szwagierek. Więc cisza w eterze.
Nie mam zamiaru wykasować tego zeznania, by w przyszłości nie powstały jakieś sekty czy odłamy mojej Religii !!! Ja sam nazywam siebie „Nikt” aby nie powstał jakiś kult jednostki którego nie znoszę."
10-08-2025
Ku pamięci mojego idola z manewrów "Anakonda"
Opowiem Wam legendę o niezwykłym człowieku, który pokazał drogę w ciemności małemu dziesięcioletniemu chłopcu zagubionemu się w życiu. Ten mały chłopczyk to ja, patrzący na świat zwyczajnych ludzi, jakby każdy z nich był wielkim bohaterem, bo ja byłem na takim właśnie dnie życiowym.
Patrzyłem na życie zwykłych ludzi od dołu, jak na jakiś wzór do naśladowania! Jednak, by naśladować zwyczajnych ludzi potrzeba sił, a ja jej nie miałem! Byłem pogrążony w wieloletnim nałogu alkoholowym, chory na schizofrenię i bez żadnych perspektyw życiowych, kiedy zjawił się on, Rysiek Riedel z polskiego zespołu muzycznego „Dżem”!
Wyśpiewał mi, że wcale nie jestem bezwartościowym śmieciem, mówił między wierszami jego tekstów piosenek: „Popatrz Marcin, ludzie mnie kochają mimo, że nie noszę garnituru i nie wygłaszam pięknych przemówień używając kwiecistych słów!” Mówił mi dalej jak mam żyć, będąc na dnie? Jak patrzeć na to co mam i pokazywał mi, co ja tak na prawdę mam? Śpiewał jak być, nie świętym, lecz prawdziwym?!
Rysiek Riedel to nie wzór do naśladowania, bo nikomu nie życzę by znalazł się na takim dnie życiowym. On jest wzorem, który trzeba znać, by mieć drogowskaz kiedy życie zaczyna boleć!
Dzięki niemu przeszedłem całe Manewry Anakonda i pokonałem zło! Skoro mnie się udało, to postaram się swoim życiem pozostawić ślad dla tych co nie wiedzą jak żyć. Ścieszkę, którą oświetlił mi Rysiek!
04-08-2025
Moi drodzy.
Ja chcę Was uczyć o Bogu, który jest wszędzie i swoim oddziaływaniem inspiruje artystów do tworzenia piękna. Czy zauważyliście na czym polegają rymy w wierszach lub piosenkach? Gdy przetłumaczy się je na inny język, słowa do siebie nie pasują, a w wersji oryginalnej wyrazy jakby dla siebie stworzone, a im bardziej wyrafinowany talent poety, tym można zauważyć subtelniejsze współgranie całych wersów, które falują w zgodnym rytmie.
Ktoś stworzył słowa, by dawały piękno!
Podziwiamy malarzy, którzy potrafią uchwycić odblask promieni słońca na dzbanku, rozpierzchnięte pióra startującego do lotu ptaka, czy zakręcany w warkocz strumień wody w górskim potoku.
Nie robi tego król siedzący na jakimś tronie, lecz istota jestestwa. Zjawisko, które jest we wszystkim i wszędzie.