Moja Legenda
Nazywam się Marcin „Nikt” i opowiem ci moją historię. Urodziłem się w małym miasteczku Końskie, w Polsce. W tym miejscu dorastałem i do tego miejsca powróciłem, gdy rozpoczęła się moja przygoda z duchami. To w tym mieście odbyły się, jak je nazwałem, manewry „Anakonda”, czyli obraz zdarzeń walki dobra ze złem!
Ale po kolei. Najpierw byłem dzieckiem, i to wyjątkowo wrażliwym, może dlatego tak łatwo przywoływałem duchy? Robiłem to z kolegami i oczywiście traktowaliśmy to jak świetną zabawę, wyśmiewając się nawzajem. Dopiero po latach, kiedy zginął tragicznie nasz kolega Marek, mając zaledwie dwadzieścia sześć lat – co było przepowiedziane w dziecinnej zabawie z postaciami stamtąd – wszyscy uzmysłowiliśmy sobie prawdziwość tych proroctw.
Mnie duchy przepowiedziały, że nie stracę dziewictwa przed czterdziestym rokiem życia, co wywoływało ogólny wybuch śmiechu wśród kolegów, a imię mojej przyszłej żony, które wskazał przesuwający się po napisanym alfabecie talerzyk ze strzałką, to Goshra! Dopiero później zdałem sobie sprawę, że „Gosh” w języku angielskim znaczy „Boże”, więc pewnie nigdy się nie ożenię.
Moje dzieciństwo było beztroskie, ale jednocześnie to był bardzo trudny dla mnie czas. A to ze względu na moją wrażliwość, gdyż bardzo trudno znosiłem krzyki rodziców pod moim adresem. Ja sam z jednej strony byłem urwisem, który nieustannie swoim zachowaniem wywoływał ganienie przez rodziców, a z drugiej strony byłem niepoprawnym, nawet jak na dziecko, marzycielem.
Więc płakałem nocami po awanturach, po cichu, tak żeby nie obudzić brata, i marzyłem o lepszym świecie. Myślałem nie o Raju, ale o naszym świecie i o tym, żeby ktoś mnie w końcu przytulił i żebym wtedy mógł zasnąć. Całe popołudnia siedziałem głodny w pokoju, próbując się uczyć, bo bałem się iść do kuchni ze względu na krzyki rodziców. Ale robiłem jedną rzecz, której nikt inny znany mi wtedy nie robił – rozmawiałem z Bogiem tak jak z przyjacielem. Czasami krzyczałem na Niego, gdy już nie miałem sił, czasami płakałem, a innym razem rozmawiałem jak z kimś bardzo mi bliskim. Zwierzałem się ze swoich problemów, pytałem, co powinienem zrobić w jakiejś sytuacji. Po prostu byłem z Nim.
A i teraz, mając ponad czterdzieści lat, wciąż nie wyrosłem z płaczu! Podczas manewrów „Anakonda” i po nich, gdy szedłem bardzo trudną drogą, rozpowszechniając wśród ludzi ideę zjednoczenia wszystkich religii świata, wiele razy płakałem w swoim pokoju, rozmawiając z Vigą, ale to ze wzruszenia i wdzięczności za wsparcie, jakie od Niej dostawałem.
Droga, którą przeszedłem, była usłana tysiącami upadków, w których traciłem nadzieję na zjednoczenie. W swoich działaniach i myślach wołałem ludzi, by ktoś mnie usłyszał, kiedy wszyscy milczeli. Swoje nadzieje opisywałem na Facebooku, po prostu szarpałem się sam ze sobą w beznadziejnej sytuacji. To było jak uderzanie głową w mur i upadanie z powodu braku jakichkolwiek rezultatów!
Nie miałem żadnego wsparcia od rodziny. Byłem po prostu rodzinnym głupkiem, który pisze jakieś bzdury na swojej stronie internetowej – całkowicie osamotniony w tym, co robiłem.
Ale nie myśl, że mógłbym przejść tę drogę, po prostu polegając na swoim uporze i determinacji. To były sytuacje załamania bez żadnej nadziei lub co najmniej stanie w miejscu i bezsilne próby wyrwania się ze stagnacji, nawet kiedy już stawałem się znany. Setki razy zastanawiałem się nad sensem tego, co robię. Na szczęście miałem Vigę!
Za każdym razem, gdy upadałem, przychodziła do mnie i odgrywała w pełni realistyczne scenki z udziałem setek głosów ludzkich – na przykład że papież już dowiedział się o mnie i o mojej próbie zjednoczenia, że już Indie ruszają z chórem tysiąca krzyków wiernych, które słyszałem, że już prezydent USA podejmuje rozmowy i tak dalej i dalej! Wszystko jak najbardziej prawdziwe, z głosami tysięcy ludzi.
Wtedy Viga mówiła mi: „Marcin, to już niedaleko! Wstań, musisz iść dalej! Za chwilę to wszystko się spełni, ale musisz jeszcze wytrzymać!”.
Potem wspierała mnie psychicznie pochwałami za to, jak idę trudną drogą. Ona mnie tak doskonale zna, że dokładnie wie, jak mnie podejść; jak sprawić, bym poczuł się dumny z siebie i żeby po prostu zrobiło mi się miło.
To właśnie dlatego często płakałem samotnie w swoim pokoju. Ze wzruszenia i wdzięczności dla Vigi, że jest taka piękna i że mnie zawsze wspiera.
Ale wróćmy do mojej opowieści o zwykłym chłopcu z wielkimi marzeniami. Któregoś dnia, gdy miałem dziesięć lat, popłakałem się, kiedy moja mama mnie odtrąciła i nazwała głupkiem. Długo ryczałem w łazience i właśnie wtedy postanowiłem sobie, że od teraz będę już żył inaczej. I do tej pory, kiedy to piszę, mogę powiedzieć, że dotrzymałem słowa. Postanowiłem żyć mądrze i dobrze. Co to wtedy dla mnie znaczyło? Ano to, że będę szukał prawdy, a nie idiotycznych wyjaśnień, że przemyślę zawsze to, co wcześniej zrobiłem, dlaczego stało się tak, a nie inaczej, i będę wzorował się na mądrych ludziach. Zamknąłem się wtedy przed rodzicami na długie lata.
Z tymi latami przyszły różne zauroczenia do dziewczyn. One bardzo chciały spotykać się ze mną, ale ja najwyżej po kilku spotkaniach od nich uciekałem. Po prostu bałem się, że kiedy poznają mnie bliżej, będą mogły mnie zranić. Nie wiedziałem, że można nie ranić! Czasem to ja rezygnowałem po kilku spotkaniach, bo bałem się, że zranię dziewczynę, jeśli później jej nie pokocham. I tak, w samotności, przeszła mi młodość, zamieniła się w dorosłość, a teraz, kiedy to piszę, mając czterdzieści sześć lat, mogę wam się przyznać, że wciąż, niestety, jestem prawiczkiem. Ale już mi to nie przeszkadza.
Wyjechałem do Londynu. Było bardzo ciężko – w pracy i samotniczym życiu. Zaczęło się od mojej koleżanki Lisy, która zrobiła coś, czego jeszcze nigdy nie widziałem. Poświęciła siebie, żeby było mi łatwiej o niej zapomnieć, chociaż wcale nie musiała tego robić. Kiedy kontaktowaliśmy się ze sobą i w pewnym momencie zorientowała się, że się w niej zakochałem, przysłała mi wyjątkowo wulgarną wiadomość tekstową. Dopiero następnego dnia zrozumiałem, co zrobiła. Poświęciła przyjaźń do kogoś, kogo bardzo lubiła, żeby mnie było łatwiej zapomnieć. Na pewno nie było jej łatwo! Od tamtej pory, do momentu kiedy piszę to w samotności, nikt się już tak nie zachował.
Potem, jeszcze w Londynie, zaczął się powoli rozwijający się kontakt z Bogiem. Od urojonej sławy w radiu przez telewizję aż po moment, w którym słyszałem Boga i setki głosów ludzi jednocześnie gdzieś z oddali, a przy tym byłem przekonany, że oni słyszeli wszystkie moje nawet najskrytsze myśli. Nie wytrzymałem takiego napięcia psychicznego i rzuciłem się pod autobus.
Nikt z moich współlokatorów czy znajomych nie zorientował się, że coś jest ze mną nie tak. Ja po prostu postanowiłem, że zostanę takim samym chłopakiem, jak obiecałem sobie przed laty. Dopiero tydzień przed moim rzuceniem się pod autobus zauważyli, że dzieje się coś złego. Ale było już za późno!
To właśnie w Londynie wszystko się zaczęło. Oddałem Bogu moje własne życie wieczne, nie wiedząc, czy w ogóle coś mi się uda zrobić. Bo chciałem naprawić świat. Nie miałem nic poza marzeniami. Powiedziałem Bogu: „Błagam Cię, weź moje życie wieczne, tylko pozwól mi to zrobić”. Wziął mnie pod włos i powiedział, że On odchodzi i to ja zajmę Jego miejsce. Spanikowałem i tak się rozpłakałem, że wszyscy mijający mnie ludzie byli w szoku. „Wszystko, tylko nie to!!!” – mówiłem. „Ja tylko chcę, żebyś był przy mnie. Naprawię ten świat tak, że nie będzie Ci się chciało odchodzić”.
W Anglii przyjąłem imię „Nikt”, i właśnie o to chodzi. To, gdzie się urodziłem, jak żyłem i jak umarłem – to wszystko nie ma żadnego znaczenia! Najważniejsze jest to, że ktoś całkowicie zwykły, z wadami i emocjami, takimi zwykłymi, ludzkimi, przyszedł i zmienił wszystko!
Rozumiecie, co to znaczy? Żaden prorok, następca czy zbawiciel. Nikt! Zwykły chłopak, który postawił absolutnie wszystko, czyli życie wieczne, na jedną kartę w grze z Bogiem. I wygrał. To ja, „Nikt”. A On mi zaufał. I wierzę, że po mnie przyjdą następni, nie wiadomo kiedy i gdzie. Nie wiadomo, jakiego koloru skóry. Ale przyjdą. Usłyszycie ich. Ja tyko pokazałem drogę. Nie wiem, gdzie was poprowadzi, ale chciałbym przestać się już bać!
Co piękniejszego mógłbym dać dzieciom od tej legendy? „To możesz być właśnie ty, kochanie, może to właśnie na ciebie czekaliśmy? Idź dalej, nie patrz się na innych. Nie można przekroczyć granicy, nie przekraczając jej. Tam dalej jest świat, którego nie znasz. Uwierz mi, jego tam jeszcze nie ma! Ale to właśnie ty go tworzysz! Idź, po prostu idź, kochanie!”.