O wadach
Jeszcze w czasach swojej młodości zacząłem sięgać po alkohol, i to z wielu powodów, a jednym z nich była moja niska samoocena, z którą zresztą borykałem się już od dzieciństwa. A po piwie wiadomo, znikały moje kompleksy i zahamowania, stawałem się bardziej rozmowny, no i weselszy. Ten świat wydawał mi się dużo lepszy od tego, co oferowała mi rzeczywistość. Zaczynałem więc od zabawy, relaksu czy nawet od zabicia nudy, a gdy pojawiały się, w tak beztroskiej chwili, pytania o swoją przyszłość oraz spełnienie marzeń, świat i życie wydawały się być łatwymi i przyjemnymi. Tym sposobem, im bardziej pogrążałem się w nałogu, tym gorsze wydawało się moje trzeźwe życie, gdyż nie było tak kolorowe jak to po alkoholu. Tak właśnie zaczynała się moja droga.
Lata mijały, a ja niepostrzeżenie zmieniałem się wraz z nimi. Moje kolorowe pijackie marzenia i plany wciąż mi towarzyszyły w codziennym szarym życiu, a każda rzeczywista zmiana dawała okazję do „uczczenia sukcesu”. Kwalifikowałem w ten sposób coraz mniejsze sukcesy, jako potwierdzenia spełniania się przepowiedzianych marzeń. A w przypadku niepowodzenia „chęć zapicia porażki”, by odreagować i zapomnieć, znów kierowała mnie do baru. Tym razem, aby stanąć na nogi.
Rozbieżności między tymi moimi dwoma światami, rzeczywistym i alkoholowym oraz fakt, że ten pierwszy stawał się coraz bardziej zniszczony, za sprawą drugiego, powodowały, że coraz częściej zacząłem dołować się, iż nie potrafię radzić sobie z życiem tak jak inni. Zaczynałem tracić szacunek do samego siebie tak, że patrzyłem na nich z podziwem, jak świetnie radzą sobie z przeciwnościami losu. Jak świetnie wiedzą, co zrobić ze swoim życiem. Jak potrafią przeżywać każdy dzień. Dla mnie przecież tak szary i beznadziejny. Widziałem ich jako silnych ludzi stawiających czoła wszelkim przeciwnościom losu, którzy mają dużo lepsze życie niż ja. Siebie natomiast jako kogoś gorszego, z góry skazanego na straty, który nie potrafi tak twardo stąpać po tej ziemi.
To było jednak tylko moje złudzenie, a zobaczyłem to dopiero po tym jak się podniosłem.
Oni też nie wiedzieli jak żyć, tyle tylko że zamiast do alkoholu uciekali gdzieś indziej. Hazard, imprezy, narkotyki, gry komputerowe czy choćby ciągła praca, wszystko to po to, by zapełnić tą pustkę. Często uciekali do Boga, aby to on dał im siłę i nadzieję na lepsze życie.
Dopiero w grupie AA nauczyłem się dostrzegać piękno i radość życia z każdego dnia, wydawałoby się że tak szarego, ale przecież to wszystko kwestią spojrzenia. Jest taki krótki wierszyk, który mówi wszystko na ten temat;
„Wyglądało dwóch więźniów przez więzienne kraty,
Jeden widział błoto, drugi widział gwiazdy”
Czym ja różniłem się od tych ludzi, którzy cieszą się życiem? No właśnie tym spojrzeniem na świat.
Myślałem, że mając tyle wad, jestem gorszy od innych i dlatego nie radzę sobie z takim patrzeniem na życie i pokonywaniem jego trudności. Miałem oczywiście chwile pewności siebie i optymizmu, niestety zazwyczaj wspierane alkoholem. Chciałem być lepszym człowiekiem, który żyje lepszym życiem.
Dlaczego uważałem się za gorszego? Odpowiedź jest prosta, ponieważ znalazłem w sobie zbyt dużo wad. Chciałem być lepszym człowiekiem i takiego siebie widzieć w swoich własnych oczach, myśląc, że lepsi ludzie zasługują na lepsze życie. Tymczasem odnaleziona ilość swoich wad była zbyt duża, żeby mieć o sobie dobre mniemanie.
Nie potrafiłem zaakceptować swoich niedoskonałości oraz niedoskonałości świata na którym żyję. Chciałem mieć całkowitą kontrolę nad tym, kim jestem i jak żyję. A każda próba zmiany swojej osobowości, z założenia, miała odbywać się w jednym skoku, z dokładnie wyznaczoną datą startową. Czy to po obejrzeniu jakiegoś filmu, czy rzeczywistym spotkaniu osoby, która mi zaimponowała, chciałem od razu wskoczyć w skórę takiego bohatera. Faktem jest, że to był mój młodzieńczy okres życia, a teraz inaczej na to wszystko patrzę. Niemniej jednak, widać jak bardzo nie potrafiłem zaakceptować rozbieżności między tym kim byłem i jak żyłem, a tym jak to wszystko powinno wyglądać.
W końcu jednak zrozumiałem, że świadomość posiadania wad, świadczy jedynie o uczciwym spojrzeniu na samego siebie. Parząc przecież na jakiegoś idola, tak naprawdę dostrzegamy tylko kilka jego cech, za które go podziwiamy, cała reszta ginie w tle, tak jakby wszystkie one nie miały żadnego znaczenia. A przecież zwykła codzienność i prawdziwość ich osobowości oraz życia, mogłyby całkowicie zrujnować obraz kogoś tak niezwykłego. Dlatego specjaliści od wizerunku, zawszę będą mieli co robić.
Teraz oceniając samego siebie, wciąż widzę ogromną liczbę swoich defektów, ale nie są już czymś co obniża moją samoocenę czy nastrój, potrzebuję widzieć je wszystkie, by móc się zmieniać i rozwijać. Wyliczenie swoich wad, to przecież pierwszy krok każdego poradnika samodoskonalenia osobowości. Przerabiałem ten krok dogłębnie i to przez wiele lat, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Myślałem że jestem dużo gorszy od innych, gdyż każda moja wada była dla mnie jawna, i to nie tylko dla mnie samego. Tymczasem ludzie, którzy mnie inspirowali mieli to wszystko zazwyczaj ukryte przed opinią publiczną.
Teraz myślę, że tak naprawdę, gdyby wszyscy moi idole przyznali się do swoich wad, byliby co najwyżej na równi ze mną. Oczywiście posiadali by cechy, pożądane przeze mnie, ale i z pewnością ja też mógłbym ich czymś zaskoczyć.
Świadomość swoich wad jest tylko pierwszym krokiem na drodze samodoskonalenia. Ważne jest, by je widzieć, gdyż to one uświadamiają nam kim jesteśmy. Patrząc na nie, możemy decydować o kierunku naszego rozwoju, bo przecież nie wszystkie nasze defekty są tak samo istotne i niezbędne do usunięcia. Na przykład; czyjeś lenistwo może być irytujące i prowadzić do wielu kłótni i problemów, ale czy całkowite wyzbycie się go będzie cechą pozytywną? Widząc wszystkie swoje wady i rozmyślając o stopniu ich ważności, obieramy własny kurs życia i zasad moralnych. Możemy usuwać te najgorsze, ale jednocześnie nie powinniśmy panikować przy drobnych i mało szkodliwych wpadkach. Tak jakby liczyło się tylko bycie ideałem a nie człowiekiem.
Dlatego uważam, że ideał to nieosiągalna postać, całkowicie odczłowieczona. Bez wcześniejszych błędów życiowych i wyrzutów sumienia, nie mogąca się dalej rozwijać. Całe szczęście, że taka postać jest całkowicie nieosiągalna, a wręcz abstrakcyjna, a jedyną funkcję jaką pełni to nadawanie nam kierunku rozwoju.
Nasze postępowanie na co dzień jest jakby sprawdzianem, jak daleko nam do naszych ideałów i zasad moralnych, w które wierzymy? Jak wielki wpływ mają na nas nasze wady? Czy pilnujemy się codzienne, gdy te pojawiają się w nas, czy też stwierdzamy, że dobrze nam się żyje z tymi defektami, a nawet korzystnie pod względem materialnym?
Teraz już nie uważam się za kogoś gorszego od innych, chociaż wciąż widzę ogrom swoich wad i tych większych, których staram się pozbywać i tych mniejszych defektów, stanowiących część mojej osobowości. Myślę wręcz, że ci którzy w ogóle nie widzą swoich wad popadli w samouwielbienie, traktując nawet drobne defekty jako zło, błyskawicznie znajdują wytłumaczenie dla każdego swojego zachowania, a wytknięcie ich błędu, odbierają jako jawny atak na ich osobę.
Oczywiście naturalną i wręcz odruchową reakcją na wytknięcie błędu, czy atak, jest również odpowiedź agresji. Lecz czasami warto byłoby się zastanowić, czy owy atak nie warto potraktować jako sprzymierzeńca w samodoskonaleniu się, o ile oczywiście intensywność emocji na to pozwoli.
Myślę teraz, że naturalna potrzeba rozwoju, polega raczej na dążeniu do pozbycia się lub przynajmniej zmniejszenia wpływu najbardziej istotnych wad, a nie na osiągnięcia stanu „całkowicie bez wad”. To ta droga rozwoju jest celem samym w sobie, przy jednoczesnej akceptacji swojej osoby. Mniej istotne wady, tak naprawdę pomagają nam funkcjonować w społeczeństwie, jesteśmy lepiej akceptowani jako bardziej ludzcy.
Warto zmieniać swoje najważniejsze wady, nie panikując jednak z powodu tych mniejszych, gdyż te drobne widoczne defekty pomagają nam czuć się zwykłymi ludźmi. Ułatwiają zachować pokorę wobec nich i stawiają nas w jednym szeregu bez poczucia dystansu do drugiego człowieka. Jedne osoby są lepsze od innych, w jakiejś dziedzinie życia czy sferze osobowości, a inni gorsi, lecz wszyscy mają całą gamę drobnych defektów. Można być bardziej wartościowym człowiekiem, ale nigdy lepszym od pozostałych.