Dwa życia

Gdy sięgam pamięcią do moich prób poprawienia swojego życia przed trafieniem do grupy AA, dochodzę do wniosku, że tak naprawdę nie chciałem niczego zmieniać. To znaczy; na tyle tylko poprawić swoje życie, aby nie stracić żadnej ze swoich przyjemności dotychczasowego życia. To przecież tak pięknie wygląda w telewizji, więc czemu by tak nie żyć.

 

W moim przypadku chciałem prowadzić zdrowy tryb życia z treningami dla kondycji fizycznej oraz świadomym i logicznym przeżywaniem dnia codziennego, nie rezygnując jednocześnie z ewentualnego piwa na grillu, spotkaniu towarzyskim czy choćby oglądając dobry mecz przed telewizorem. Czyli wszędzie tam, gdzie logiczne myślenie mówiło mi, że jest to coś naturalnego i nie groźnego dla normalnego człowieka. Bo przecież jestem normalny i zdrowy umysłowo. Cudowny plan! Kto by nie chciał być zdrowym i jednocześnie „dobrze się bawić”. Sęk w tym że mój mózg wytworzył, jak ja to nazywam, schemat alkoholowy, tak więc po jednym piwie było kolejne a potem kolejne. Inni znajomi potrafili powiedzieć sobie „dość” i cieszyć się atmosferą lekkiego działania alkoholu. Dla mnie ten próg satysfakcji leżał daleko. Zbyt daleko, aby do niego dotrzeć.

 

No więc jak wyglądał mój pierwszy dzień nowego, lepszego życia? Otóż; wstawałem rano, robiłem sobie kawę, dobre śniadanie, następnie trening dla dobrego samopoczucia, bo odtąd miałem przecież dbać o siebie, po czym przystępowałem do codziennych spraw. I tak było aż do pierwszej okazji, czasami nawet jeszcze tego samego wieczoru, bo przecież „nie mogłem” koledze odmówić, bo wypadła jakaś nie zaplanowana lub też zaplanowana okazja itp. Następnego dnia po zdrowym stylu życia pozostały tylko wspomnienia, kac i kolejna data rozpoczęcia nowego życia.

 

Teraz zastanawiam się, czy ja czasem nie chciałem żyć dwoma rożnymi życiami jednocześnie? Czy nie chciałem z dwóch rożnych stylów życia wziąć wszystko to, co mi się podobało i stworzyć „życie doskonałe”? Chciałem być zdrowy, a wieczorami sobie hulać. A gdzie w tym planie było miejsce na kaca? No nie było. A gdzie miejsce na złość, zły humor czy problemy życiowe? Czemu miałbym znajdować dla nich miejsce? Przecież to życie miało być lepsze. 

 

Kiedy teraz zastanawiam się nad tym wszystkim, dochodzę do wniosku, że to nie miało prawa udać się. Ktoś powie, „przecież sportowcy też czasami chodzą na imprezy i wszystko jest w porządku”. No tak, z tym że ja w tym imprezowym życiu powędrowałem już zbyt daleko. Zbyt duża już była rozbieżność miedzy tymi życiami, które chciałem połączyć. Który sportowiec, nastawiony na zdrowy tryb życia, upija się do nieprzytomności. On już wybrał swoje życie. To sportowe. To na nim koncentruje swoje wysiłki. A jego życie imprezowe jest dla niego tylko dodatkiem, nadającym smak życiu i jako taki dodatek nie jest szkodliwe.

 

A jak wyglądało moje życie imprezowe? Piwo na spotkaniu towarzyskim, piwo przy dobrym filmie, piwo w ogrodzie po pracy itp. nie wspomnę już że to za każdym razem było kilka piw, czasami o kilka za dużo. No i tak, szczypta do szczypty i zupa była przesolona.

 

Jest to całkowicie logiczne i oczywiste, że na przykład sportowiec, do tej pory amator chcąc być bardziej profesjonalnym zawodnikiem musi coś poświęcić. Musi np. zrezygnować całkowicie z upijania się i imprezowego stylu życia. Tak więc, jeżeli wybierzesz drogę życia, a nie picia musisz też liczyć się z wyrzeczeniami, a nie jak do tej pory liczyć, że wszystko będzie łatwe i przyjemne.

 

Do pewnego stopnia ja sam zdawałem sobie sprawę z konieczności tych poświęceń i twardych reguł. Samo ustalanie daty rozpoczęcia nowego życia, oznacza przecież wprowadzanie nowych reguł i praw, które mają zacząć obowiązywać. Jednak uparcie przy tym tkwiłem w przekonaniu, że da się te wszystkie przyjemności połączyć, tak aby nie stracić żadnej z nich. Trzeba przyznać, że nie ma w tym nic nie normalnego. Jedynie zbyt duża rozbieżność owych przyjemności stanowiła problem. Łatwiej mi było jednak uwierzyć w to że potrafię je połączyć, niż z którejś zrezygnować.   

 

Lubię w taki właśnie sposób patrzeć na swój alkoholizm. Po pierwsze nie muszę się oszukiwać. To znaczy, nie muszę wmawiać sobie że np. lampka szampana w sylwestrową noc czy zimne piwo przy grillu są nieprzyjemne. A niech sobie będą przyjemne! Sęk w tym, że to jest inne życie, nie to które wybrałem. Oczywiście mogę wybrać życie z alkoholem, ale ze wszystkimi tego konsekwencjami tzn. kacem i co najważniejsze z godzeniem się w przyszłości na ewentualne ciągi alkoholowe i rozchwiane emocje. Bo niestety mój mózg wytworzył już swoje schematy alkoholowe. Taka możliwość wyboru działa na mnie jak zimny prysznic i w tym momencie kończy się moje zainteresowanie takim życiem.

 

Takie spojrzenie daje mi coś jeszcze. A mianowicie odcina mi drogę powrotu do pijaństwa. Bo mając teraz tą świadomość łączenia dwóch żyć, niby jak miałbym sam siebie okłamywać? Miałbym sobie wmawiać: „nie Marcin, da się przecież połączyć dwa sprzeczne życia. Da się żyć wygodnie i bezpiecznie nie ponosząc żadnych konsekwencji”.

 

Pomyśl sam o ludziach, których podziwiasz i którzy są twoimi wzorami do naśladowania, czy to z telewizji czy z codziennego życia. Ile wysiłku musieli włożyć w to, aby takimi być czy coś osiągnąć? Sportowiec, którego podziwiasz prócz talentu, którego niewątpliwie posiada musiał podporządkować całe swoje życie jednemu kierunkowi. Biznesmen poświęca życie rodzinne i odpoczynek, aby być tam gdzie jest.

 

No tak, ale dlaczego masz z czegoś rezygnować skoro nie masz aspiracji bycia jakimś profesjonalistą, który rezygnuje z jakiś życiowych przyjemności. Sęk w tym że ty już jesteś „profesjonalistą samodestrukcji”, zaniedbujesz wszystko inne, aby tylko pić. Pomyśl sam, co wybierzesz? Napicie się swojego ulubionego chłodnego alkoholu czy obejrzenie bardzo dobrego filmu? No i czy nie przyszło ci na myśl, aby zrobić obie rzeczy jednocześnie? Powiesz, że to przecież normalne. Inni ludzie tak robią. No tak, a ile by miało być tych piw czy też drinków? Powiedz sam jak daleko zaszedłeś w tym samozniszczeniu? A teraz powiedz, ile będziesz rozumiał i czy w ogóle będziesz coś rozumiał z tego filmu, po spożyciu tego alkoholu? Czy teraz chociaż trochę do ciebie dotarło, że nie jesteś w stanie połączyć tych dwóch żyć?

 

 

Próbując łączyć ze sobą dwa różne style życia, robiłem to jedynie z ich zewnętrznymi obrazami. Nawet nie przyszło mi do głowy, że sportowiec może mieć inny system wartości. Że może zupełnie inaczej patrzeć na świat. Nie widziałem w swoim systemie wartości nic złego. Mało tego uważałem go za słuszny.

 

Ale czy rozchwianie emocjonalne jest czymś normalnym dla sportowca? Czy alkoholik wie co znaczy spokój ducha? Czy potrafi cieszyć się z małych rzeczy? Nie. Jego świat jest szary i bezwartościowy, natomiast sportowca pełen optymizmu i chęci do życia.

 

Próbowałem łączyć dwa różne style życia, pozostając jednocześnie wewnętrznie stuprocentowym alkoholikiem. „Zaciskałem zęby” i na siłę chciałem prowadzić sportowy styl życia, gdy tymczasem u zdrowych ludzi jest to kwestią wyboru czy nawet, tak zwanego, „złapania bakcyla”. Ja chciałem połączyć, te dwa życia na siłę i wziąć z obu wszystko co dobre, a resztę pominąć.

 

Próbując zmaksymalizować szczęście w swoim życiu łączyłem dwa różne style życia, ale nie tak po prostu. Próbowałem te dwa życia ugruntować, tak abym miał poczucie, że są one we mnie silne. Twardo w nich stoję. No i w ogóle jestem silnym człowiekiem. Tak, że nie tylko próbowałem chodzić na treningi od kolejnych niezliczonych "żelaznych" terminów, ale od tych kolejnych dni włączałem zdrową dietę, schludny ubiór, krótkie wycieczki, a czasami nawet czytanie książek.

 

Z drugiej zaś strony, gdy ktoś zapraszał mnie po takim dniu lub kilku dniach na piwo, z góry zastrzegałem wyjście do pubu, a jeśli w domu to tylko kulturalnie. Żaden park nie wchodził w rachubę. Chciałem w ten sposób ugruntować w sobie "tylko te pozytywy" takiego stylu życia. Jestem przecież silny w postanowieniu, więc twardo stoję w tym co robię. Nie chciałem połączyć jakiegoś tam sporadycznego uprawiania sportu, przy zaniedbywaniu siebie przez dietę i ogólnie nie higieniczny tryb życia, z byle jakimś upijaniem się. Po co łączyć coś byle jakiego? Trzeba mieć klasę. Tak, aby oba te życia nie były tylko ich śladami, a w pełni wartościowymi stylami życia.  

 

 

Alkohol ma to do siebie, że pozornie daje ulgę wewnętrznie, chwilę wytchnienia wśród tych wszystkich szarych spraw, a w rzeczywistości niszczy ducha człowieka. Pod jego wpływem łatwo jest mówić o swoich uczuciach, problemach i pragnieniach, a już mistrzostwo osiąga się w snuciu planów i wszelakiego rodzaju teorii. W trakcie upojenia, nie docenia się nic z tego, co się już posiada. Czy to rodzina, dom czy praca  pełne są wad. Ale za to jaka będzie przyszłość? O ile oczywiście jeszcze się nie sięgnęło dna, bo tam już się nie myśli o przyszłości.

 

 

Oczywiście, gdy poznawałem jakąś fajną dziewczynę, pierwszą rzeczą jaką robiłem było postanowienie, że przestaję pić. No i od razu zaczynał się problem, bo przecież nie przyznam się od razu, że mam problem z alkoholem. Czyli wybierałem strategię typu "będę przy niej silny". Dwa czy trzy piwa jest do przyjęcia. No to niech ktoś spróbuje zafascynować się nową znajomą dziewczyną będąc jednocześnie po trzech piwach? Przecież wtedy zaczyna się już dla mnie "zabawa". Sympatia jak najbardziej, ale czy zadziałają "hormony zauroczenia i związana z nimi fascynacja"? No chyba że odkłada się tą fascynację na następny miesiąc, po iluś tam spotkaniach.

 

Wracałem i następnego dnia mówiłem do siebie; "fajnie było, spoko "laska", można powtórzyć". Jeśli to była dziewczyna z pracy, czy nowa współlokatorka, więc ją bliżej poznałem. I następnie było to już trzy, cztery piwa. A w zasadzie, tu się już ta granica dla mnie kończyła. Przecież już się znamy i każdemu może się zdarzyć, a najwyżej sprawdzę jej tolerancję. Jeśli wcześniej zauważyłem, że nie jest już tak cudowna, no to po co się kryć. Nie to, że trafiałem na jakieś dziwne i nie z tego świata dziewczyny. Najnormalniejsze, ale ja płynąłem z falą. Nie piszę tu o swoich miłościach, ale o potencjalnych możliwych związkach, które popłynęły.

 

Myślę, że nie jeden "facet" ma taki sam schemat działania. I właśnie dlatego to piszę. Bez poznania mechanizmu nie ma się jak ratować. Na czym więc polega ten proces? NA PRZESUWANIU GRANICY, KTÓREJ NIE MA!!!  Iluzja psychologiczna. Kto się w tym połapie?